wtorek, 2 sierpnia 2022

 

Cora Reilly

“Naznaczeni grzechem”

[Patronat medialny]

“- Pewnego dnia znajdziesz tego jedynego.

- Gdzie?

- Tam, gdzie będziesz się tego najmniej spodziewała.”


Marcella Vitiello, córka Luki i Arii, dorastała w złotej klatce. Otoczona przez ochroniarzy, zamknięta niczym księżniczka w wysokiej wieży, nauczyła się, że nie musi słuchać swojego wewnętrznego głosu oraz instynktu, który mógłby uchronić ją przed niebezpieczeństwem. Instynktu odziedziczonego po ojcu.


Maddox White od najmłodszych lat znał smak brutalnego życia. Dorastał w klubie motocyklowym i widział wiele strasznych rzeczy, jakich nigdy nie powinno oglądać dziecko. Jednak to, co najbardziej utkwiło mu w pamięci i go prześladowało, to scena, kiedy Luca Vitiello urządził rzeź i na oczach małego Maddoxa zabił jego ojca oraz wszystkich jego ludzi.


Mężczyzna tego nie zapomniał. Wręcz przeciwnie: pragnienie zemsty dojrzewało razem z nim. Teraz capo Famiglii zapłaci za wszelkie swoje przewinienia. A co może zaboleć go bardziej niż utrata ukochanej córeczki, porcelanowej lalki strzeżonej jak oczko w głowie i obiecanej innemu mężczyźnie?


“Naznaczeni grzechem” to pierwszy tom cyklu Grzechy ojców, który poświęcony jest Marcelli Vitiello. Fajnie, że autorka postanowiła stworzyć historie o dzieciach bohaterów, których mogliśmy poznać w serii Złączonych honorem. Jak wyżej wspomniałam, w pierwszej części poznajemy losy Marcelli księżniczki nowojorskiej mafii. Znana ona była jako rozpieszczona i idealna dziewczyna, jednak tak naprawdę nikt nie miał pojęcia, kim naprawdę była. Dla świata musiała przybrać maskę, za którą się chowała. Jej życie w jednej chwili zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Została uprowadzona w jednym celu… Kiedyś jej ojciec dokonał pewnej rzezi, za którą mu przyjdzie zapłacić bardzo wysoką cenę. 


Wstęp napisałam taki ogólnikowy, ponieważ nie chcę za bardzo spojlerować. Uważam, że Cora w świetny sposób poradziła sobie z napisaniem tej książki. Może początek był troszkę nudny, ale później się naprawdę rozkręciło i czytałam tę lekturę, jakby ktoś miał mi nagle zabrać z rąk książkę. Marcella to młoda dziewczyna, która była rozpieszczana przez swoich rodziców i nie ma co temu zaprzeczać, ale nie była materialistką. To normalna dziewczyna, która jest bardzo mądra i ma głowę na karku. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego, jak radziła sobie z sytuacjami, które rzucał jej pod nogi los. Nie kuliła się ze strachu i starała się nie okazywać swoich emocji. Prawdziwa z niej Vitiellówna.

“Mu­sia­łam być pięk­na i mo­ral­nie nie­ska­zi­tel­na, czy­sta ni­czym śnieg, ale rów­nież wy­star­cza­ją­co po­stę­po­wa, by móc re­pre­zen­to­wać nową ge­ne­ra­cję Fa­mi­glii.”


 Natomiast nasz drugi bohater Maddox był żądny zemsty i krwi. Na jego oczach, został zamordowany jego ojciec oraz ludzie, którzy mu podlegali. Dla pięciolatka zjawisko to było traumatyczne. Poprzysiągł sobie, że zemści się na Luce Vitiello. Jednak miał też drugą twarz, tą łagodniejszą. Gdy porwał Marcellę, nie sądził, że córka jego wroga może okazać się dla niego zgubą. Był, można by rzec, pomiędzy młotem a kowadłem. Podczas czytania nasuwały mi się pytania: Czy zdradzi swój klub? Czy zostanie mu wierny? Ja już znam odpowiedź i teraz pora, żebyście i Wy się dowiedzieli, jak postąpił Maddox. Wspomnę jeszcze o postaciach drugoplanowych, które przewijały się w tej opowieści. Bardzo się cieszyłam, że choć przez chwilkę mogłam ponownie spotkać Lucę i Arię. Jakoś tęskno mi było za nimi :D Fajną postacią również okazał się Amo. Z beztroskiego chłopca w jednej chwili stał się mężczyzną żądnym krwi. Jego przemiana była momentalna i już się nie mogę doczekać jaką opowieść zafundowała temu chłopakowi. Ogólnie wszyscy, którzy się tam przejawiali, jako poboczne postacie wnosiły coś do tej książki. W sumie, gdyby nie oni, to wcale by tak fajnie na pewno nie było.


W książkach mafijnych zawsze zwracam uwagę na to, ile tak naprawdę jest w niej mafii i muszę stwierdzić, że tu nawet troszkę tego było, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Były takie sytuacje, przy których kiwałam głową z aprobatą w sensie, że akcja została bardzo dobrze poprowadzona. Jedynie, co mi przeszkadzało w tekście to słowo “śmietanka”. Ci, którzy czytali, będą wiedzieli, o co mi chodzi. Gdyby to słowo było zastosowane z raz czy dwa, to spoko, ale było tego więcej i tylko wzdychałam poirytowana, kiedy po raz kolejny na nie natrafiałam. To i początek książki, to są jedyne rzeczy, do których się czepiam :D


Mamy zastosowaną tu narrację dwutorową, co wręcz uwielbiam w książkach. Dzięki takim zabiegom poznajemy obie strony, a nie tylko jedną. Były gorące, jak i mocne sceny, które dopieszczały całą fabułę. Znalazł się również dynamizm, emocje, chęć zemsty oraz uczucia, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Naprawdę uważam, że ta książka jest dobra i czekam na drugą część, by dowiedzieć się, jak to wszystko się potoczy. Już niedługo wyruszy do mnie paczka z książkami i będę czytać.


Jeśli szukacie książki, którą się fajnie czyta i przede wszystkim, która zapewni Wam dobrą akcję i historię, to śmiało sięgajcie po “Naznaczonych grzechem”. Mnie ta książka przypadła do gustu i szczerze Wam ją polecam. Oceniam tę opowieść 8/10.


Kasia


Za egzemplarz do recenzji i możliwość objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu NieZwykłemu. 

 

 

 



 

piątek, 22 lipca 2022

 

Katy Evans

“Małżeństwo za milion dolarów”

Nell nigdy nie przypuszczała, że weźmie udział w reality show. Zmusza ją do tego dług, jaki musiała zaciągnąć, by skończyć wymarzone studia. Gdy odkrywa, że główna nagroda to milion dolarów, nie waha się – mimo tego, że nie wie, jakie wyzwania czekają na nią w programie. Z przerażeniem odkrywa, że już na starcie organizatorzy przydzielili jej najbardziej nieprawdopodobnego... pana młodego!


Kiedy Luke postanowił wziąć udział w programie, nie przewidywał, że będzie musiał się ożenić z ledwo poznaną kobietą. A już na pewno nie taką, która pod żadnych względem do niego nie pasuje!


Nie mają ze sobą nic wspólnego, ale jeśli chcą zdobyć główną nagrodę, będą musieli pokonać osiem innych par. Podjęcie współpracy mimo dzielących ich różnic powinno być dość łatwe… o ile w międzyczasie nie zakochają się w sobie. Czy „Miłość za milion dolarów” okaże się warta wygranej? 


“Bo złamane serce jest o niebo lepsze od serca, które nigdy żywiej nie zabiło.”


Z twórczością Katy Evans szczerze mówiąc, bardzo się lubię. Ostatnio miałam okazję przeczytać jej książkę “Małżeństwo za milion dolarów”. W tej historii poznajemy Nell oraz Luke’a, którzy mają problemy finansowe. Nie mają skąd wytrzasnąć kasy na już, ale nadarza im się pewna okazja, gdzie do zgarnięcia będzie milion dolarów. Oboje biorą udział w castingu do nowego reality show i o dziwo udaje im się przejść dalej. Jednak czeka ich tam nie lada wyzwanie… Jak do tego podejdą, kiedy Nell pała do Luke’a niechęcią? Co się wydarzy w ich dalszych potyczkach? I najważniejsze, czy wygrają milion dolarów?


Powiem Wam szczerze, że byłam ciekawa, jak autorka poradzi sobie z tą opowieścią i wyszło jej to naprawdę wyśmienicie. Z ogromną ciekawością czytałam, jak bohaterzy i inni uczestnicy wykonywali różne zadania i ogólnie brawa dla autorki za pomysłowość, bo czegoś takiego jeszcze nie czytałam. Nell to dziewczyna niezbyt towarzyska, woli książki i naukę od oglądania telewizji, czy wychodzenia się gdzieś rozerwać. Jest bardzo mądra, ale nie ma co się dziwić, skoro ma w kieszeni tytuł doktora. Czasami troszkę mnie irytowała swoim zachowaniem, ale nie ma co się dziwić po takiej dziewczynie jak ona. Mimo wszystko uważam, że jest fajną i ciekawą postacią. Natomiast Luke… Mój książkowy mąż był po prostu idealny. Nie odpuszczał i starał się zbliżyć do Nell, chociaż był to niełatwy orzech do zgryzienia. Był pomocny i wspierał naszą główną bohaterkę, co się miło obserwowało, był troszkę arogancki, ale zupełnie to nie przeszkadzało. Podobało mi się, jak autorka ukazała relację tej dwójki, która powoli się zmieniała. Postacie drugoplanowe też były ciekawe, co zaowocowało tym, że książkę czytało się tak szybciutko i z ogromną chęcią. Przeczytałam ją w jeden dzień, bo naprawdę nie mogłam się oderwać od tej lektury. Hot level oceniony jest na trzy ogniki i przyznam, że miejscami było gorąco, ale i subtelnie. Kibicowałam Nell i Luke’owi w tej rywalizacji, ale jaki był tego finał, już Wam nie zdradzę. Sami musicie się przekonać. Była tu zastosowana też narracja dwutorowa, co było super zabiegiem. Fajnym pomysłem były też nazwy rozdziałów i notka pod nimi z pokoju zwierzeń.


Jedyne, do czego mogę się przyczepić to literówki. Niestety było ich sporo. Troszkę nie pasuje mi okładka do tej historii, bo inaczej bym ją widziała po przeczytaniu książki, ale jest ok. W sumie nie wiem, co mogę Wam jeszcze napisać, bo dzieje się tu sporo. Niektórych sytuacji nie dałam rady przewidzieć i cieszę się z tego elementu zaskoczenia. Opowieść ta napisana jest pomysłowo, lekko i spójnie. Myślę, że jest to idealna lektura na letnie wieczory. 


Reasumując “Małżeństwo za milion dolarów” to pozycja warta uwagi. Dostaniecie tu fajnych bohaterów, niechęć, rywalizację, chemię pomiędzy bohaterami, pracę zespołową i wiele, wiele innych rzeczy. Ja szczerze Wam polecam tę książkę, bo się nie zawiedziecie i przeczytacie ją mimochodem :)

Oceniam ją 8/10.


Kasia


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Niegrzecznym Książkom.

 

 

czwartek, 21 lipca 2022

 

Tijan

“Carter Reed”

“Aby rozpracować człowieka, wystarczy poznać jego zamiary.”


Emma postanowiła zrezygnować z pójścia na siłownię i wrócić wcześniej do domu. To była ostatnia łatwa do podjęcia decyzja w jej życiu, ponieważ w pokoju zobaczyła, jak jej współlokatorka jest gwałcona przez jej chłopaka. Miała dwie możliwości: zadzwonić na policję i zginąć z powodu mafijnych powiązań jego rodziny lub zabić go pierwsza i mieć nadzieję, że uda jej się z tego wyplątać.


Emma się nie zawahała.. Najpierw zabiła drania, a następnie poszła do jedynej osoby, która mogła ją ochronić – Cartera Reeda.


Mężczyzna jest tajną bronią konkurencyjnej rodziny mafijnej, ale także tajemnicą Emmy. Był najlepszym przyjacielem jej brata, jednak po jego śmierci wycofał się z jej życia. Nie wiedziała, że to właśnie ona była przyczyną, dla której stał się tym, kim jest dzisiaj… 


“Robisz wszystko, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo.”


Bardzo lubię twórczość Tijan i naprawdę sięgam po jej książki z ogromną przyjemnością. Tym razem w mojej rączki trafiła historia zatytułowana “Carter Reed”. Spotykamy tu Emmę, która została postawiona przed wyborem. Znalazła się w sytuacji bez wyjścia i musiała albo zakończyć żywot gwałciciela, który był ściśle powiązany z mafią, bądź dać się jemu zabić. Wybrała pierwszą opcję i znalazła się w tarapatach. Tylko jeden człowiek mógł jej pomóc i okazał się nim Carter Reed, ale czy zdoła ochronić Emmę? Dlaczego Carter znikł z jej życia?


Książkę przeczytałam w dwa dni, to znaczy, że była dobra. Autorka w ciekawy sposób pociągnęła fabułę i tym mnie kupiła. Może i niektóre sytuacje były przewidywalne i można było się domyślić, co się wydarzy, ale były też takie, które mnie zaskoczyły. Emma straciła brata w okrutny sposób i tak naprawdę została sama, bo nie miała rodziny. Co prawda miała trzech przyjaciół, ale wszystko zaczęło się psuć, gdy pociągnęła za spust i musiała się z jedną z przyjaciółek gdzieś ukryć. Jak mam być szczera, to były momenty, kiedy Em mnie strasznie irytowała. Rozumiałam, że zabiła człowieka i się bała, ale wnerwiało mnie jej zachowanie. Mimo to da się ją lubić. Natomiast Carter także jest powiązany z mafią. Po śmierci brata Emmy odsunął się od niej na dobrych kilka lat. Miał swój powód, ale oczywiście Wam nie zdradzę jaki. Był manipulatorem, brutalem i osiągał to, co sobie postawił za cel. Podobała mi się jego kreacja, bo pod skorupą twardziela miał też uczucia. Postacie drugoplanowe też oczywiście dołożyły swoją cegiełkę do całej tej opowieści, dzięki czemu historia stała się dużo ciekawsza i wzbudzała emocje pozytywne, jak i te negatywne. Nie polubiłam na pewno Bena. Ten delikwent swoim zachowaniem odpychał na kilometr. Miałam też problem z Theresą. Nie była zła, ale czasami była dziwna. Nie znała Cartera osobiście, a oceniła go na podstawie informacji z telewizji. Cóż, tak się nie da poznać człowieka i nie powinno się o kimś wyrabiać opinii, tylko dlatego, że coś tam o nim przeczytał w szmatławcach lub internecie, czy chociażby usłyszał w wiadomościach. Taka moja opinia i nie tyczy się ona tylko tej historii, ale ogólnie naszego prawdziwego życia.


Niestety oprócz tych wszystkich fajnych rzeczy znalazło się też coś, do czego się troszkę przyczepię. Wyłapałam niestety sporo literówek, które rzucają się w oczy. Rozumiem, że coś można przeoczyć, no ale nie aż tyle. Kolejna rzecz, która mi nie pasowała, to narracja. Punkt widzenia Emmy był pisany w pierwszej osobie, a Cartera już w trzeciej. Nie rozumiem tego mieszania, bo uważam, że wypada to na niekorzyść książki. Ja ogólnie nie lubię narracji trzecioosobowej, bo źle mi się czyta i się od razu zniechęcam. Na szczęście, a może i nieszczęście, mamy tak naprawdę malutko punktu widzenia Cartera. Szkoda, ponieważ ten akurat bohater był naprawdę interesujący i byłam ciekawa, jak to się dokładnie stało, gdy trafił do mafii. Zabrakło mi jego odczuć i jego historii. Mam nadzieję, że w drugiej części dostaniemy tego więcej.


Okładka książki przyciąga oko i gdybym nie znała twórczości Tijan, to i tak bym się zatrzymała obok półki z książkami w sklepie i ją kupiła. W tej lekturze znajdują się także sceny cielesnych zbliżeń, które są pokrótce opisane i nierozciągane na kilka stron. Ogólnie lubię, gdy takie sceny są troszkę bardziej rozciągnięte, ale jakoś u Tijan mi to nie przeszkadza, że ona się nad tym za bardzo nie rozwodzi. Jest tu też kilka scen mafijnych, ale jak dla mnie były słabiutkie, ale względne. Ja to lubię, jak jest krwawo i jak to wszystko jest opisane. 


Zdecydowanie polecam Wam tę książkę, bo ja przy jej czytaniu naprawdę świetnie się bawiłam mimo tych kilku minusików. Nie miałam ochoty jej odkładać, bo byłam ciekawa, co się tam jeszcze wydarzy. Jeżeli znacie i lubicie pióro Tijan, to śmiało sięgajcie po tę historię. Na letnie wieczory jest idealna. Oceniam opowieść 7/10.


Kasia 


Za egzemplarz dziękuję Niegrzecznym Książkom.

 

 

wtorek, 19 lipca 2022

 

Paulina Zalecka - „Zrodzony z gniewu”

W tej bajce księżniczka może liczyć tylko na siebie.

Chloe znalazła swojego księcia – zakochanego w niej chłopaka z dobrego domu, gotowego ożenić się z dziewczyną z patologicznej rodziny wbrew woli rodziców. Wydaje się, że wszystko zmierza ku romantycznemu zakończeniu – ślub jak z marzeń, a po nim egzotyczna podróż… Właśnie wtedy czar pryska, a bajka okazuje się najgorszym koszmarem.

Chloe zostaje uprowadzona przez meksykańskich handlarzy żywym towarem. Trafia w ręce człowieka, którego zadaniem jest zrobienie z niej bezwolnej marionetki. Mikail jest narkotykowym bossem i jednym z najpotężniejszych gangsterów w Meksyku. Jego życie to przemoc i walka o władzę. Chloe ma małe szanse na wygranie w starciu z tym bezlitosnym psychopatą, ale nie zamierza się poddać. Przecież każdy ma swoją słabą stronę, trzeba tylko wiedzieć, gdzie jej szukać…


„Ta kobieta siedzi mi w głowie i nie zamierza dać mi chwili wytchnienia. Jej upór, walka i sposób, w jaki chce zachować odrobinę swojego ja, mnie zachwycają. W zasadzie przez to nie jestem już pewien, czy nadal pragnę ją zmieniać. Mam tyle profesjonalnych laleczek, ale żadna nie zajmuje tylu moich myśli, co ta niedoskonała, nieposkromiona.”

Twórczość Pauliny już troszkę poznałam i nie będę ukrywała, że styl jej pisania bardzo mi się podoba, dlatego, gdy zobaczyłam w zapowiedziach „Zrodzonego z gniewu”, wiedziałam, że obowiązkowo muszę tę propozycję przeczytać. Na wstępie książki otrzymujemy ostrzeżenie, że książka porusza kontrowersyjne tematy, nie jest tajemnicą, że im bardziej popaprana opowieść, tym bardziej mi się ona podoba, ale wielokrotnie już było tak, że ostrzeżenie takie widziałam, a historia przedstawiona okazała się po prostu klopsem, dlatego i w tym przypadku podeszłam do tego z lekkim dystansem. Sama okładka przyciąga wzrok, do tego opis, który sprawił, że na moim ciele pojawiła się gęsia skórka, ale jak było z treścią? Cóż... no był sztos! Kurdę, co za popaprana historia, ale wciąga niesamowicie, gdy tylko zaczęłam ją czytać, nie chciałam jej odłożyć ani na chwilę. Były fragmenty, w których włoski na całym ciele stawały mi dęba, a serce szaleńczo biło. Co bohater, to coraz bardziej powalone miał w głowie, Jezu, aż ciężko mi zebrać myśli, żeby napisać recenzję. Nie będę ukrywała, że zrobiła na mnie ta opowieść ogromne wrażenie. Miała w sobie wszystko to, czego oczekuję od dark romansu, pogrzanych i niebezpiecznych bohaterów, którzy nie mają litości, a w ich duszach czai się tylko mrok. Wartką i dynamiczną fabułę, dzięki czemu nie do końca wiedziałam, czego się można spodziewać i duży plus za zakończenie, bo takiego się nie spodziewałam. Czy zgadzam się z ostrzeżeniem, owszem, ale też nie do przesady, były momentami mocne sceny, ale nie były też one takie, przy których by mnie mdliło. Dla tej opowieści daję zdecydowanie 9/10!

Czy polecam tę powieść? Oczywiście, chociaż uważam, że nie jest to historia dla osób o słabych nerwach, lub takich, które zbyt mocno przeżywają losy bohaterów, ponieważ to przez co przechodzi Chloe i pozostałe dziewczyny jest naprawdę przerażające. A Diego i Mikail to niezłe popaprańce i ciężko mi nawet stwierdzić, który z nich jest gorszy. Was jeżeli szukacie mocnych wrażeń podczas czytania, gorąco zachęcam do lektury. Mi się ona bardzo podobała.

Polecam!

Paula

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Niegrzecznym Książkom.

poniedziałek, 18 lipca 2022

 

Cora Reilly

“Złamane pragnienia”

Adamo, jako najmłodszy z owianego złą sławą klanu Falcone, szybko zrozumiał, jakimi prawami rządzi się świat, w którym żyje. Świat pełen krwi i przemocy. Wkrótce narkotyki stały się dla niego sposobem na radzenie sobie z rzeczywistością.

Pójście w ślady braci było jego przeznaczeniem, którego najchętniej by uniknął. Ale gdy mężczyzna staje na czele jednego z nielegalnych biznesów rodziny – wyścigów samochodowych – nagle odkrywa, że być może właśnie odnalazł swoje miejsce w mafii.

Dinara Michajłow jest dziewczyną biorącą udział w niezgodnych z prawem wyścigach. Jednak nie tylko dlatego trudno przejść obok niej obojętnie. Dinara jest też księżniczką Braci. Kobietą, która otrzymała zgodę na przebywanie na terytorium wroga…

Kiedy drogi tych dwojga się przetną, oboje szybko przekonają się, że są dla nich ważniejsze rzeczy niż wyścigi, ale za nie trzeba zapłacić straszliwą cenę. 


“Jeśli będziesz udawał wystarczająco długo, stanie się to rzeczywistością.”


Na historię Adamo czekałam chyba najbardziej. Jako najmłodszy z rodzeństwa Falcone, wiele razy zaszedł braciom za skórę, a w szczególności Remo. Buntował się, nie słuchał i robił na przekór, ale pewne wydarzenia wszystko w nim zmieniły i ukazały prawdziwy mrok, przed którym młody Falcone się wzbraniał. Chciał być tym dobrym bratem, ale natura i geny zawsze o sobie dają znać. Powiem Wam szczerze, że naprawdę długo zwlekałam z przeczytaniem tej części. Między innymi przez to, że na Instagramie, mignęło mi kilka opinii, że książka jest słaba. Ja w głowie miałam swoje własne wyobrażenia, co do tego tomu i bałam się, że będę zawiedziona. Jednak jako czytelnik musiałam wyrobić sobie własną opinię. Gdy w końcu zabrałam się za tę lekturę, z początku się nudziłam. Ot nic ciekawego się nie działo. Powoli zaczęłam odczuwać zawód, że chyba rzeczywiście ta opowieść może być kiepska.  U mnie ogólnie jest tak, że, jak początek mnie nie zaciekawi, to momentalnie tracę zapał i nie mam ochoty wtedy czytać. Jednak to Cora Reilly i Adamo, więc dałam tej opowieści szansę i zagłębiałam się w lekturę dalej. I nie żałuję. Kiedy nareszcie coś zaczęło się dziać, akcja nabrała tempa i nie mogłam się oderwać od czytania.


Może, zanim przejdę do dalszej części moich odczuć, to na początku wspomnę kilka słów o fabule. W “Złamanych pragnieniach” dostajemy opowieść Adamo i Dinary. Dziewczyna to księżniczka Braci, która lubi brawurę i wyścigi samochodowe. W życiu Adamo nie pojawia się przypadkowo. Chce zbliżyć się do młodego Falconego, żeby zdobyć pewne informacje, aczkolwiek nie przypuszczała, że to całe “zbliżanie” może przemienić się w coś zupełnie nieoczekiwanego. Przebywa na terenie Camorry, co jest niebezpieczne, ale ma na to przyzwolenie.


Czego chce Dinara? 

Dlaczego pojawiła się w życiu Adamo?

Czy tę dwójkę coś połączy?


Ja już na te pytania znam odpowiedź, a teraz Wasza kolej, żeby je poznać. Mimo początkowej lekkiej niechęci uważam, że ta historia jest naprawdę dobra. Trzyma w napięciu, zaskakuje, wywołuje rozdrażnienie, pozwala się uśmiechnąć, ale i smuci. W przeszłości Dinary wydarzyło się coś okropnego. Nie zdradzę, o co chodzi, bo to nie moje zadanie, ale napiszę, że było to coś okropnego. Dziewczyna wyrosła na silną kobietę, która tak łatwo się nie poddaje. Uwielbiam takie bohaterki, które nie pozwalają rozstawiać się po katach, tylko mają własne zdanie. Gdy poznałam jej historię, naprawdę jej współczułam i wcale się nie dziwiłam, że potrzebowała pewnych informacji, żeby zebrać wszystko do kupy. Polubiłam ją i uważam, że została w fajny sposób wykreowana. Natomiast Adamo według mnie bardzo się zmienił. Wybrał życie koczownika, który nadzoruje i bierze udział w nielegalnych wyścigach i śpi w namiocie. Jak dla mnie jest to widoczne, że odciął się trochę od rodziny. W przypadku Remo, Nino i Savio dało się odczuć, że są mocno ze sobą związani. Nawet w ich osobnych historiach często się wzajemnie pojawiali. Tu było tego mało i tęskniłam za postaciami z poprzednich części. Książka poświęcona Adamo na pewno wyróżnia się z tej serii, ponieważ jest trochę inna. Adamo oddałby swoje własne życie za braci, ale to już nie ten sam chłopak, którego mogliśmy wcześniej poznać. Mimo wszystko nadal go lubiłam, bo mężczyzna chciał żyć po swojemu, a wyścigi dawały mu to, czego potrzebował. 


Fajnie, że mamy tu narrację dwutorową, dzięki czemu autorka przybliżyła nam Dinarę i Adamo. Mogliśmy poznać ich myśli, co nimi kierowało do podjęcia różnych decyzji. Adamo wykazał się bohaterstwem i rycerskością, ale tu też nie powiem Wam, o co chodzi. Oprócz romansu, zbliżeń cielesnych i wartkiej akcji, dostaliśmy również ogrom cierpienia, przez które musiała przejść główna bohaterka. Jednak, jeśli widzimy jakąś możliwość, to próbujemy rozliczyć się ze swoją przeszłością. Czy w przypadku Dinary tak będzie i po części będzie mogła zamknąć na cztery spusty ten etap swojego życia?


Bardzo Was zachęcam do sięgnięcia po ten tom, bo jest wart uwagi. Zresztą, jeżeli czytaliście poprzednie części, to po “Złamane pragnienia” musicie sięgnąć musowo. Pozwolę sobie jeszcze dodać, że jak dla mnie końcówka była ciut naciągana, ale i tak uważam, że całość wypadła dobrze. Oceniam książkę 7/10.


Kasia


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu NieZwykłemu.

 



 

 

środa, 13 lipca 2022

 Ludka Skrzydlewska - „Fikcyjna dziewczyna”
[Patronat medialny]



Sześć lat po dramatycznych wydarzeniach Lavinia Hayes wciąż zmaga się ze stresem pourazowym. Choć wydaje się, że wreszcie wychodzi na prostą. Odnosi sukcesy jako autorka bestsellerowych thrillerów erotycznych, ale starannie ukrywa przed światem swoją prawdziwą tożsamość. Wygląda na to, że przeszłość przestaje kłaść się cieniem na życiu Lavinii, że w końcu na dłużej zagości w nim spokój.

I właśnie wtedy zaczyna dostawać wiadomości od stalkera. Ten ktoś najwyraźniej zna sekret, którego do tej pory dokładnie strzegli i pisarka, i jej wydawca. Jeśli zostanie ujawniony, może się stać groźny dla kariery, a nawet życia Lavinii. Jedyną osobą, na której pomoc może ona liczyć w tej sytuacji, jest Wayne Harrington, szef wydawnictwa. Nie darzyła go do tej pory specjalną sympatią ― mimo że niewątpliwie ma mnóstwo uroku ― a to ze względu na jego niechęć do jej twórczości. Oboje jednak postanawiają odłożyć niechęć na bok i zbliżyć się do siebie, bo tajemniczy prześladowca staje się coraz bardziej niebezpieczny i bezwzględny, a Vinnie nie ma pojęcia, komu powinna ufać...


„Prędzej piekło zamarznie, niż umówię się z tym typem.”

Jak potoczy się relacja tej dwójki?

Kto jest stalkerem Vinnie?
Jak daleko się posunie?

Książki Ludki uwielbiam i zawsze sięgam po nie z ogromną przyjemnością. Gdy otrzymałyśmy propozycję patronatu tego tytułu, wiedziałam, że będzie sztos. Na początek wspomnę o okładce, która jest po prostu przepiękna, bez wątpienia bardzo skutecznie przyciąga wzrok i ja jako okładkowa sroka, obowiązkowo musiałam mieć ją w swojej kolekcji. A teraz przejdźmy do treści, już od pierwszych stron, treść wywołała u mnie gęsią skórkę, bałam się tego, co mogę znaleźć dalej. Twórczość autorki jest zazwyczaj nieprzewidywalna, pełna zwrotów akcji, dynamiki, która skutecznie zachęca czytelnika do tego, aby chciał poznać zakończenie napisanej tu historii jak najszybciej. Czy tak również było w tym przypadku? Zdecydowanie tak! Dostajemy tu genialny romans z kryminalnym wątkiem, który zaciekawił mnie do tego stopnia, że całą książkę czytałam z zapartym tchem, nie mogłam się od niej oderwać, dopóki nie dobrnęłam do ostatniej strony. A gdy już ją zamknęłam i odłożyłam jedyne, co byłam w stanie powiedzieć to „wow”! Nie będę ukrywała, że motyw stalkera wywarł na mnie największe wrażenie, właściwie do samego końca nie wiedziałam, kto nim jest i dlaczego, starałam się wyszukać jakichkolwiek znaków, drobiazgów ukrytych w tekście, ale niestety nic, ciągle byłam wodzona za nos! A gdy już pojedyncze elementy układanki, wskakiwały na swoje miejsce, mówiłam, ja pikole, aż nie wierzę! Podobała mi się też relacja pomiędzy bohaterami, nie było tu od razu wielkiej miłości, bo dostali strzałą amora w tyłek, wręcz przeciwnie ich relacja zaczyna się od wzajemnej niechęci, ja coś takiego bardzoooo lubię. Styl autorki uwielbiam, ale mam wrażenie, że z każdą kolejną książką jest coraz lepszy. Jest jeden tylko maleńki minusik całej opowieści i nie ma to nic wspólnego z treścią, chodzi o druk, kurcze był jak dla mnie mały, jakby był kapkę większy, byłoby po prostu perfekcyjnie.

Jeżeli szukacie fajnego lekkiego, choć trzymającego w napięciu i niepewności romansu, to ta propozycja jest skierowana właśnie do was. Ja jestem tą książką zachwycona i wiem, że jeszcze do niej wrócę. Was gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę historię i właściwie nie tylko tę, ale i pozostałe powieści autorki. Gwarantuję, że przypadną wam one do gustu. Ja daję jej 9/10!

Polecam!

Paula

Za możliwość przeczytania książki oraz objęcia patronatem dziękuję autorce oraz wydawnictwu EditioRed.



poniedziałek, 11 lipca 2022

 

Monika Skabara

“Odrodzenie Feniksa”

Niektórym rzeczom trzeba pozwolić umrzeć, by inne mogły powstać na nowo


Ava ponownie przewartościowała swoje życie. Odpowiedzialna nie tylko za swój los, musiała prędko stworzyć nową bezpieczną codzienność dla swojej rodziny. Wspólne z przyjaciółką otworzyła w Stanach galerię sztuki, a całą swoją uwagę poświęciła macierzyństwu. Złamanego serca nie da się jednak poskładać tak szybko. Zwłaszcza gdy widma przeszłości są tak uporczywe.


Kiedy Ava wybiera się na międzynarodowy konwent tatuażu, nie spodziewa się spotkać tam Feniksa. Czy będzie w stanie zaufać ponownie temu owładniętemu zemstą człowiekowi? I czy na pewno powinna nadal skrywać przed dawnym ukochanym swoją wielką tajemnicę? Co wspólnego z tym wszystkim ma pewien czarujący Włoch, który próbuje zdobyć serce Avy?


Zaufać ponownie, kiedy raz zostało się zranionym, jest niezmiernie trudno. Ale jeszcze trudniej jest samotnie dźwigać brzemię swoich sekretów. Czy Ava jest gotowa na kolejną transformację? Komu powinna zawierzyć, gdy powrócą dawni wrogowie? Czasem miłości trzeba w sobie zabić, a czasem dać jej szansę, by odrodziła się z popiołów… 


“Czasami miłość trzeba w sobie zabić, a czasem dać jej szansę, by odrodziła się z popiołów.”


To już moje drugie spotkanie z piórem Moniki i tym razem muszę przyznać szczerze, że jest ono jak najbardziej udane. Książkę pochłonęłam jak ciepłe bułeczki i nie mogłam się zupełnie oderwać od czytania. Byłam bardzo ciekawa, jak potoczą się dalsze losy Avy. Jestem naprawdę zadowolona z tego, co tu otrzymałam. Dostałam ciekawych bohaterów, fajną fabułę i rozterki, z którymi się borykają nasze główne postaci. Ava naprawdę dostała od życia porządnego kopa w tyłek. Podziwiałam ją, że pomimo tego, co ją spotkało, nie poddawała się i parła naprzód. Dziewczyna walczyła z depresją i to jest naprawdę coś ciężkiego i potwornego do przeżycia. Cieszyłam się, że jako tako wyszła z tego stanu, bo zrobiła to dla dzieci. Jedna sytuacja, a raczej wspomnienie Avy chwyciło mnie za serducho i bardzo jej współczułam. Natomiast Finn też dostał od życia po tyłku. Zrobił coś, przez co stracił Avę. Współczułam mu i go rozumiałam. Pewnie postąpiłabym identycznie jak on. Lubiłam tego bohatera, bo się nie poddawał i za to ma u mnie ogromnego plusa :D

Co do postaci drugoplanowych to świetnie się wpasowali w tę książkę. Iris mogłabym mocno przytulić za to, że okazała się świetną przyjaciółką. Salvatora najpierw bym kopnęła w zadek, a później go wyściskała, a Aleksa… Najchętniej to naprałabym go po ryju, zakopała na kilka minut żywcem, a później odkopała i przybiła z nim piątkę. To tyle o nich. Jednak nie można tu zapomnieć o Aubs i Theo. Boże, jak ja uwielbiałam te dzieciaki. Dziewczynka czasami przechodziła samą siebie i swoimi zachowaniami i pomysłami wywoływała uśmiech na mojej twarzy. Theo też był takim kochanym małym urwisem.

Monika pisze z taką lekkością, że czytelnik z miejsca się poddaje i odpływa razem z bohaterami, by im towarzyszyć w kolejnych poczynaniach.


No dobra, żeby nie było tak cukierkowo, to miałam kilka zastrzeżeń. Pierwsze z nich to zdrobnienia tj. “pankejki” czy “scrollowanie”. Troszkę mnie to irytowało, bo nie lubię, gdy angielskie słowa są spolszczone, ale to oczywiście tylko moja opinia. Kolejną sprawą było zachowanie Avy. Jak wyżej napisałam, że cieszyłam się, że wzięła się w garść, ale miejscami jak dla mnie było tego za dużo. Jakby odgrywała rolę królowej dramatu. Wkurzało mnie, że nie chciała wysłuchać Feniksa, tylko uciekała przed czymś, co i tak było nieuniknione, jednak mimo wszystko i tak ją lubiłam. Wyłapałam też sporo literówek, które niestety były dosyć mocno widoczne. Jeszcze jedna rzecz, która nie tyle, ile mi przeszkadzała, aczkolwiek za szybko się wszystko rozwinęło. Kurczę, nie chce spojlerować, ale może napiszę tak relacja Finn-Theo.

To takie moje małe minusiki, bo resztę uważam za naprawdę świetną :)



Szczerze polecam Wam “Dziewczynę Feniksa”, jak i “Odrodzenie Feniksa”. Dajcie się wciągnąć w historię, która miejscami może być przewidywalna, ale jest napisana w taki sposób, że ciężko oderwać się od czytania. Dostałam w nich naprawdę wiele, przez co czas, który poświęciłam tym książkom, nie był zmarnowany. “Odrodzenie Feniksa” akurat podobało mi się bardziej, więc oceniam tę lekturę 8/10. 


Ps. Droga autorko przeczytałabym również historię Iris i Gavina, więc może pomyśl, o tym… :D


Kasia


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Niegrzecznym Książkom.

 

 

sobota, 9 lipca 2022

 Vi Keeland - „Zaproszenie”



Stella to nieco szalona, nieprzewidywalna dziewczyna, która zawsze polega na swoim zmyśle węchu i wręcza obcym ludziom czekoladowe batoniki na poprawę humoru. Nie jest jednak typem osoby, która wprosi się na cudzą imprezę, aby najeść się do syta i napić drogiego szampana. No chyba że… owa impreza będzie wystawnym weselem odbywającym się w gmachu Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, a zaproszenie wystawione na jej byłą współlokatorkę i tak by się zmarnowało. A kiedy jeszcze okaże się, że drużba jest najwspanialszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała, poprosi ją do tańca i spowoduje, że chemia między nimi będzie bliska wybuchu, wtedy po prostu nie będzie już mogła się wycofać.

Niestety dobra zabawa urywa się gwałtownie, kiedy mężczyzna marzeń orientuje się, że Stella nie jest tym, za kogo się podaje. Dziewczynie pozostaje jedynie rzucić się do ucieczki, a na pocieszenie zgarnąć ze stołów kilka butelek alkoholu. Stella była przekonana, że ten jednorazowy wyskok w jej spokojnym życiu pozostanie jedynie szalonym wspomnieniem. Szybko jednak się orientuje, że zostawiła przy stole coś, dzięki czemu mężczyzna będzie w stanie ją wytropić…

Uwielbiam książki Vi Keeland i zawsze sięgam po nie z ogromną przyjemnością. Dziś w moje łapki trafiło „Zaproszenie”, kurczę, ależ to było dobre! Zazwyczaj w moich recenzjach staram się umieszczać choćby jeden niewielki fragment na zachętę, ale ta historia, tak mnie wciągnęła, że po prostu o tym zapomniałam. Bawiłam się przy niej świetnie. Bohaterowie są genialnie wykreowani, początkowa akcja z weselem rozbawiła mnie do łez i wiedziałam, że będzie to dobra opowieść, czy tak było? Zdecydowanie tak, do najkrótszych opowieści ona nie należy, ale wiecie co!? Cieszyłam się z tego, bo jest to taka historia, z którą chce się spędzić jak najwięcej czasu. Podobała mi się relacja pomiędzy bohaterami, nic nie było na siłę przyśpieszane, wszystko działo się w odpowiednim tempie, a gdy już coś zaczęło się dziać, było ze smaczkiem i bardzo zachęcające do dalszego czytania. Autorka znana jest z tego, że pomimo tego, że dostajemy lekkie historie, zawsze znajdziemy w nich jakieś przesłanie i tu było dokładnie tak samo, chociaż nie będę ukrywała, że od samego początku miałam pewne podejrzenia, kurczę, nie chcę wam zbyt wiele zdradzić, dlatego nie powiem wam nic więcej. Podobała mi się kreacja bohaterów, ona babeczka inteligentna, twardo stąpająca po ziemi, w tym, co robiła, oddawała całą siebie, a nawet i jeszcze więcej. On uroczy skurczybyk, który zdobył moją sympatię, już od chwili, gdy tylko założył się z przyjacielem o zapach ginu, ale o co chodzi, musicie dowiedzieć się sami. :)

Jeżeli szukacie lektury, która uprzyjemni wam wieczór przy schłodzonej lampce wina, to ta książka skierowana jest właśnie do was. Ja spędziłam przy niej wspaniale czas i troszkę żałuję, że skończyła się tak szybko, bo otrzymałam od niej wszystko to, co oczekiwałam – zwariowanych bohaterów, pomiędzy którymi przelatywały iskry, aż ja czułam je na każdej kartce papieru, ale i fabułę, którą chłonęłam całą sobą. Ja jestem tą opowieścią zachwycona i wiem, że na pewno do niej powrócę. Daję jej 9/10!

Polecam!

Paula

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Niegrzecznym Książkom.

poniedziałek, 4 lipca 2022

 

Julita Sarnecka

“Brat”

“Gdy ty nie szanujesz siebie, nie oczekuj tego od innych.”


Maksim Aristov jest zaginionym przed laty bratem Mishy. Mężczyźni wychowywali się w domu dziecka, ale nie wiedzieli, że są spokrewnieni. Teraz, po latach, mają szansę być prawdziwą rodziną i to nie tylko ze względu na więzy krwi. Maksim wejdzie także w struktury mafijne. Będzie musiał zdobyć zaufanie członków rodziny Santini.


Becky to koleżanka z pracy Klary i Eilis. W wykrochmalonej bluzce i spódnicy do kolan sprawia wrażenie szarej myszki. Dzięki temu, że zaprzyjaźniła się z dziewczynami, często przebywa w towarzystwie Maksima, jednak stara się nie wchodzić z nim w potyczki słowne.


Wydaje się, że ta dwójka nie może być bardziej różna. On – pewny siebie mężczyzna, za którym ogląda się większość kobiet. Ona – cicha i wycofana dziewczyna ukrywająca się za grzecznymi ciuszkami.


Jednak wkrótce wydarzy się coś, co ich połączy. 


“Moje życie było jedną nieustającą walką. Nieustannie walczyłem, aby przetrwać i zawsze wygrywałem. Dotąd uważałem, że nie było rzeczy, która mogłaby mnie złamać, jednak teraz się poddawałem. Moje ciało się poddawało i nie byłem pewny, ile jeszcze mogło znieść.”


Nareszcie w moje rączki wpadł kolejny tom z cyklu “Sekrety mafii”, którym jest “Brat”. W tej książce znajdujemy opowieść Maksima brata Mishy oraz Becky. Czy podobała mi się tak historia? Jak mam być szczera, to mam co do niej mieszane uczucia. Czegoś mi tu ewidentnie zabrakło. Na pewno są to emocje, których kompletnie nie czułam. Niby książkę się czyta szybko, ale bez jakiegokolwiek elementu zaskoczenia. Napaliłam się na tę lekturę, ale momentalnie się zgasiłam. Główna bohaterka to jakaś porażka. Jej zachowanie było tak dziecinne, że za każdym razem, gdy tylko się odzywała, przewracałam oczami. Odebrałam ją tak, jakby wiecznie była niezadowolona. Wzdychała do Maksima, ale zachowywała się jak idiotka. Sprawiała wrażenie szarej myszki, ale jak dla mnie ona była po prostu głupia. Natomiast Maksim miał tu odegrać rolę mocnego bohatera, ale czegoś mi w nim zabrakło. Jednak jego dało się lubić i z ciekawością obserwowałam jego przygodę. 


Ogólnie książkę czyta się szybko, ale niektóre sytuacje mnie nie kupiły. Odniosłam wrażenie, że pewne wątki zostały potraktowane po macoszemu. Nie były rozwinięte i zbyt szybko się kończyły. Oczywiście pojawiają się w tej części bohaterzy z dwóch poprzednich tomów, co dodało plusa całej fabule. Była narracja dwutorowa, która zawsze się sprawdza, choć w tym przypadku wolałabym, gdyby Maksim sam całą książkę opowiedział, bo Becky po prostu nie lubiłam i szczerze mówiąc, nie miałam ochoty czytać jej rozdziałów. Już dawno żadna bohaterka mnie tak nie wnerwiała.


Ta historia jest krótka, bo ma tylko 267 stron. Uważam, że gdyby autorka rozciągnęła trochę pewne zdarzenia, efekt końcowy, wyszedłby zdecydowanie lepiej. Język, jakim pisze autorka, jest bardzo prosty. Niektóre teksty były zbyt dziecinne, co niestety psuje odbiór książki. To są dorośli ludzie i tak też się powinni zachowywać. Szkoda, że ta historia nie została dopracowana, bo naprawdę miała ogromny potencjał. Podobało mi się, gdy mogliśmy się cofnąć do przeszłości i tym samym do domu dziecka, ale to już sobie doczytacie sami. Końcówka była ciekawa i to właśnie one uratował moją końcową ocenę całości. Pozwolę sobie dodać, że “Capo” to najlepsza część, ale dwa kolejne tomy już niestety nie zachwycają tak bardzo. Wielka szkoda. 


Czy polecam? Sama nie wiem. Najlepiej będzie, jeśli wyrobicie sobie opinię sami.

Daję tej opowieści 6/10.


Kasia


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu NieZwykłemu.

 

 

 

 

 

Meghan March

“Ukryty pod tatuażami”

“Wszyscy widzimy to, co pragniemy widzieć. I spodziewamy się, że nasze założenia ziszczą się dokładnie w rzeczywistości.”


Constantine Leahy zawsze był outsiderem, a przy tym bogatym i przystojnym mężczyzną, właścicielem salonu tatuażu i kilku nieruchomości. Męski, wytatuowany, podobał się wielu kobietom, ale tylko jedna zapadła mu w pamięć. Była wyjątkowa pod każdym względem, jednak zdecydowanie poza jego zasięgiem. To nawet nie była inna liga, to był inny świat. I chociaż kiedyś spędziła z nim noc, to następnej na pewno nie będzie. Dodatkowo on nic z niej nie pamiętał. Przez alkohol.


Vanessa Frost, jako ostatnia żyjąca potomkini rodu Bennettów, planowała zostać szefową rodzinnej fundacji. Aby zdobyć akceptację rady nadzorczej, musiała doprowadzić do końca pewien projekt. Jej wuj, aktualny dyrektor, nie tolerował pomyłek i nie przyjmował usprawiedliwień. Kiedy więc się zorientowała, że projekt upada, była zdeterminowana. Musiała odnieść ten sukces, nawet za cenę paktu z diabłem. Tyle że tym diabłem okazał się przystojniak, z którym się kiedyś przespała. Ale w przeciwieństwie do Cona ona zapamiętała wszystko... I nie mogła o nim zapomnieć.


Vanessa skutecznie ukrywała swoje emocje. Dostrzegała pod tatuażami Cona znacznie więcej niż drogę do swojego dziedzictwa. Nie było jej jednak łatwo przebijać się przez jego sarkazm i ironię, a do tego znosić przykre komentarze. On natomiast nie był w stanie oderwać myśli od Vanessy. Była niczym prawdziwa księżniczka. Chłodna, opanowana, z klasą. To nie była kobieta dla niego, a on powinien trzymać się od niej z daleka. Śmierć, do której mimowolnie się przyczynił piętnaście lat temu, była tego najlepszym dowodem…


“Vanessa Frost była poza moim zasięgiem. Była z innego świata. Była dla mnie nieosiągalna w liceum, dwa lata temu i nieosiągalna w tym momencie.”


Nie od dzisiaj wiadomo, że uwielbiam książki Meghan. Zawsze po jej twórczość sięgam w ciemno. Tym razem autorka zabrała mnie w podróż do świata Constantina i Vanessy. Tych osobników po części mogliśmy poznać już przy pierwszym tomie. Byłam ogromnie ciekawa, jaką nam tu opowieść zafunduje Meghan. Czy będzie też tak fajna, jak w przypadku Simona i Charlie? I tu zaczynają się schody. Trochę się zawiodłam. Chyba oczekiwałam zbyt wiele. Nie wiem czemu, ale strasznie się nudziłam podczas czytania. Odnosiłam wrażenie, że książka strasznie mi się dłużyła tak do ponad połowy, co doprowadziło do tego, że w pewnym momencie w ogóle nie pamiętałam tego, co przeczytałam, a recenzję trzeba przecież napisać. 


Con skradł moje serce i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Był mężczyzną opiekuńczym i pomocnym. Co prawda miewa swoje humorki i czasami gwałtownie reagował, ale kto takich nie ma. Autorka pozwala poznać nam po części jego przeszłość. No kupił mnie ten bohater. Natomiast Vanessa to postać, która mnie irytowała. Jej zachowanie było takie wyniosłe, kurczę trudno mi je nazwać. Może księżniczkowate. Jednak ze strony na stronę zaczynała mnie do siebie przekonywać. Miała problem, z którym się zmagała. Dopiero, gdzieś tak od ponad połowy książki zaczęłam już czytać z większym zainteresowaniem, chociaż dalej to nie było to, czego dokładnie oczekiwałam. Meghan w każdych swoich książkach zostawia jakieś trudności do rozwiązania, dzięki czemu bohaterzy się do siebie zbliżają. W tym przypadku dokładnie tak było, ale nic na ten temat nie będę zdradzać. Oczywiście pojawiają się też czarne charaktery, które działają na nerwy i ma się ochotę ich rozszarpać. 


W tej lekturze mamy zastosowaną narrację dwutorową, która pozwala nam poznać bohaterów i ich przemyślenia, są sceny hot i wiele innych rzeczy. Mimo że książka mnie nudziła na początku, to później już kartki same się przewracały i chciałam jak najszybciej dobrnąć do końca. Być może to tylko ja tak odebrałam tę historię, a Wam przypadnie ona do gustu. Przekonajcie się sami.

Oceniam lekturę 6/10.


Kasia


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Editio Red.

 

 

 

  Cora Reilly “Naznaczeni grzechem” [Patronat medialny] “- Pewnego dnia znajdziesz tego jedynego. - Gdzie? - Tam, gdzie będziesz się tego na...